main graphic

main graphic

Którędy i dokąd

Co jakiś czas zatrzymuję wzrok na przykościelnych gablotach. Różne są. Duże, małe, na widoku albo za zamkniętą kratą broniącą wejścia do świątyni. Aktualne i pomocne, ale także muzealne i archiwalne.

Ostatnim razem moją uwagę przykuły pojawiające się w okolicach wakacji plakaty powołaniowe. I znów – różne są. Niektóre rodem z lat 90. Dziwne kontrasty, nietypowe rozłożenie akcentów. Bywają też bardziej profesjonalne. Czytelne. Diecezjalne i zakonne, seminaryjne, rekolekcyjne, wakacyjne, skierowane do obojga płci. Zachęcają, zapraszają, żeby przyjechać, spróbować , zobaczyć, dołączyć do zwycięskiej drużyny, przeżyć przygodę życia, odpowiedzieć na wezwanie.

Patrzę na jeden z nich. Młody człowiek, zwrócony plecami do patrzących na plakat, stoi przed jakąś leśną gęstwiną, przez jej środek biegnie jakaś ścieżynka. Poniżej daty, numery telefonów, adresy e-mailowe.

W katedrze widzę ulotki, dość podobne. Jakieś schody nie wiadomo dokąd i młody człowiek przed tymi schodami. Leżą tak sobie, anonimowe, przykurzone, jakoś nie za bardzo kleją się do rąk. Tak jak plakaty, często spłowiałe od słońca i nieaktualne. Nie wiadomo kogo zapraszają, nie wiadomo w sumie dokąd, bo te schody, leśne ostępy, enigmatyczne przygody życia jakieś takie nie wiadomo jakie. Czekamy na ludzi, których nie znamy, by dołączyli do rzeczywistości, której nie znają. Powszechnie widać jeszcze pokłady ufności, że to spotkanie dokona się za pośrednictwem ulotki, plakatu czy strony internetowej.

Zastanawiamy się nad powołaniową posuchą. Zastanawiamy się nad tym, co tak naprawdę będzie naszą ‘robotą’, naszym poletkiem, które z powodzeniem będziemy uprawiać, doczekawszy się konkretnych owoców. Układamy różne strategie, diagnozujemy rzeczywistość, znajdujemy winnych. Demografia. Kryzys rodziny. Konsumeryzm i inne -izmy. Może nawet czujemy się "kapkę" rozgrzeszeni, bo przecież sekularyzacja i laicyzacja. Inni wcale nie mają lepiej. Nie tylko u nas… Jakby to o czymś decydowało, z czegoś zwalniało.

A ja mam wrażenie, że czasem staramy się udzielić odpowiedzi na pytania, których nikt nie zadał. A milczymy na temat tych, które wybrzmiewają najgłośniej. Dlaczego chcemy zapraszać ludzi do tego, by się przyłączyli do naszych wspólnot? Do czego ich zapraszamy? Czym żyjemy, a co moglibyśmy ofiarować młodemu człowiekowi jako projekt na całe życie? Postawienie tych pytań nie sugeruje, że nie ma w nas życia. Ale prawdą jest, że tylko to, co autentycznie żywe przyciąga i fascynuje.

Początkiem czerwca odwiedził mnie przyjaciel, franciszkanin. Ma taką zasadę, że zawsze wychodzi z domu w habicie. Spacer z nim na lubelską starówkę stał się dla mnie dobrą lekcją. W ciągu godzinnego marszu usłyszeliśmy ze 30 razy „Szczęść Boże”. Dwie osoby podeszły i poprosiły o odprawienie mszy świętej w ważnych dla nich intencjach. Kolejnych kilka osób podchodziło, żeby poprosić o błogosławieństwo i modlitwę albo chwilę rozmowy. Padł jeden niewybredny komentarz. Wszystko to bez strategii, ulotek i mądrego programu. A jednocześnie owocne, proste.

Podczas tego spaceru dotarło do mnie, że wszelkie strategie, programy i plany będą tylko i wyłącznie zużywały papier potrzebny dla ich wydrukowania. Zamiast poświęcać czas i siły na opisanie zmieniającego się świata coraz to nowymi słowami, trzeba go po prostu zmieniać. Jak? Bardzo prosto. Przez bycie sobą. Tylko i aż tyle.

Maciej Baron SVD
0
0
0
s2smodern