main graphic

main graphic

"A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: «Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy». Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga." (Łk 13, 11-13)

Cierpienie przywołane we fragmencie Ewangelii powyżej jest ewidentne. Nie do ukrycia. Nie można go zamaskować sztucznym uśmiechem, makijażem czy strojem. Jest widoczne do tego stopnia, że dla wielu określa i definiuje tę kobietę. Ktoś tak cierpiący często kuli się jeszcze bardziej. Nie tylko doświadcza wielu zamkniętych drzwi, ale dodatkowo często zamyka te, które są jeszcze otwarte. Szuka raczej cienia, samotności.

Kobieta, której imienia nie znamy, jest trochę jak Zacheusz. Nie ma jej w tłumie garnącym się do Jezusa. Siła odśrodkowa choroby spycha ją nieustannie na margines życia. Trzeba ją dostrzec i przywołać, co zresztą Jezus czyni.

Nie pyta o wiele, właściwie o nic, nie powołuje się na jej wiarę. Po prostu dostrzega, przywołuje i uzdrawia. Przywołując, pociągając ku sobie, uzdrawia jej zwichnięte chorobą relacje ze społecznością. Do tej pory wszyscy na nią patrzyli, ale nikt jej prawdopodobnie nie widział. Teraz, zobaczyli ją wszyscy, są świadkami jej uzdrowienia. Nikt nie będzie mógł odmówić jej miejsca w społeczności, we wspólnocie. Jezus przywołuje, umiejscawia na powrót we właściwym człowiekowi środowisku i uzdrawia.

Mimo upływu lat, postępu w medycynie i technice, człowiek wciąż nie wyeliminował cierpienia z równania swego życia. Jesteśmy zdolni do przeżywania cierpienia na wszystkich poziomach. Cierpimy ciałem, duchem i duszą. Jedno, co nam się udało, jako ludziom, to wydoskonalenie technik maskujących. Cierpienie, ból mogą być skrzętnie skrywane, chowane pod płaszczykiem tak, żeby nie kłuło w oczy, nie przyciągało uwagi. Tak, by na bardzo podstępne pytanie: "jak się czujesz?" móc zawsze bez mrugnięcia okiem odpowiedzieć: "dziękuję, świetnie".

Spychamy cierpienie do domeny prywatnej, czegoś, co póki można, należy ukryć. Zapomnieliśmy, że skrywane czy nie, cierpienie, jeśli jest naszym udziałem, jest fragmentem złożonej prawdy o nas. Nie określa nas, nie definiuje, ale jest częścią tego, kim jestem. Ukrywane, negowane, maskowane gnie i krzywi człowieka, podobnie jak choroba przetrąciła życie kobiety w czytanej Ewangelii.

Z drugiej strony, na pierwszy i drugi rzut oka świat, ten medialny, reklamowy, telewizyjny wymyślił się na nowo, udając, że cierpienie i ból nie są jego częścią. Co nie zmienia faktu, że w morzu uśmiechniętych, kolorowych i zadowolonych twarzy wiele jest takich, które skrywają cierpienie. Niezależnie jednak od tego, czy jest ono skrywane, czy też potrafimy uczynić je częścią tego, kim jesteśmy – tajemnica cierpienia i jego konkretny wpływ na człowieczeństwo nie przestają wprowadzać człowieka w niesamowitą, uprzedzającą i uzdrawiającą bliskość Boga.

Granica misyjnego frontu wydaje się dziś płynna. Jedni patrzą wciąż geograficznie, inni historycznie, a jeszcze inni uciekają od jej kreślenia, mówiąc, że wszystko jest misją. Wydaje mi się jednak, że niezmiennie ważnym kontynentem misyjnym była, jest i będzie współczesna kultura. Czasem przypomina dzieżę chlebowego ciasta, do której ktoś dodał szalone drożdże. Bulgocze, zmienia się, rośnie w kilku kierunkach jednocześnie. Ale niezmiennie jej nośnikiem, twórcą i konsumentem jest człowiek. Niezmiennie – jedyny, zamierzony adresat orędzia Ewangelii. I nawet, jeśli udaje, że ma wszystko, to bez Ewangelii będzie niezmiennie biedny, coraz biedniejszy w swojej maskaradzie.

Maciej Baron SVD
0
0
0
s2smodern