main graphic

main graphic

W dolnej kaplicy Domu Misyjnego św. Wojciecha w Pieniężnie, po prawej stronie ołtarza, stoi kuty (tak mi się wydaje), współczesny co do formy (tegom akurat pewien) krucyfiks. Czarny, smukły i w pewien sposób niepokojący. Chrystus jest na nim wyjątkowo rozciągnięty, jakby poza siłą grawitacji walczył z całych sił z jakąś inną siłą, która dąży do tego, by zgnieść Go, jak kartkę papieru.

To żelazne przedstawienie Pasji tętni życiem. Uwypukla trudną do przyjęcia prawdę, że Krzyż Chrystusa nie jest tragicznym końcem, ale bramą ku pełni życia.

Tegoroczne rekolekcje zakonne przeżywałem w Pieniężnie, pierwszy raz od ponad dziesięciu lat. Odwiedzam dom w Pieniężnie co jakiś czas, ale – jakoś rzadziej zaglądam do dolnej kaplicy. Rekolekcje dały mi sposobność spędzenia kilku dni właśnie tam. 'Optycznym’ tematem moich rekolekcji stał się wciąż stojący tam czarny, żelazny krucyfiks. I zamknięta w nim dynamika, napięcie.

Mimo, że z żelaza, i ręką ludzką uczyniony – dla mnie żył. Bo przecież krzyż Chrystusa jest bramą życia, jest nowym drzewem, kluczem do zrozumienia Ewangelii, źródłem światła. Ewangelia głoszona przez krzyż Chrystusa pozwala nam zrozumieć samych siebie, poznać i przyjąć Boga, bliźnich i pokochać świat, który nas gości miłością ukrzyżowaną i zwycięską.

Wrócił do mnie ten pieniężeński krzyż kilka dni po rekolekcjach, w upalne popołudnie, na portugalskiej ziemi. Schowany przed palącym słońcem pod parasolem restauracji, chłodziłem się najlepszymi (jak mówią) lodami w mieście. Nie żałowałem sobie, trzy wielkie gałki. Do tego dobra kawa. Mało brakowało do obrazkowej sielankowości. Kamienna płyta jednego z wielu rynków miasta rozgrzana popołudniowym słońcem, gwar setek przemieszczających się i zmieniających przy kawiarnianych stolikach ludzi, nowe smaki, miły cień nad głową, nic konkretnego do roboty.

Kątem oka wyłowiłem, że coś innego, niż picie i jedzenie dzieje się niedaleko, na granicy rynku i okalającego go pomarańczowego sadu. Ludzie w różnych mundurach starali się wydobyć leżącego pod pomarańczową gęstwą człowieka. Udało im się po kilku chwilach. Otoczyli go półkolem, leżał na ziemi, zwinięty, skulony, zmięty w sobie, zarośnięty, mimo upału ubrany chyba w całą swoją garderobę.

Po jakimś czasie przyjechał samochód, i mężczyzna z ziemi został wprawnym ruchem usunięty z widoku. Nie wiem, czy był chory, pijany, pod wpływem narkotyków. Ale kiedy służby miejskie podnosiły go z ziemi jak suchy liść, zmiętą ulotkę – wrócił do mnie pieniężeński krzyż i Ukrzyżowany.

Rozciągnięty na krzyżu Chrystus jest absolutnie różny od wszystkiego, co człowieka zamienia w zeschły liść, leżący na marginesie biegu życia. W Ukrzyżowanym umiera wszystko, co człowieka niszczy i zgniata, ze śmiercią włącznie. Zostaje samo Życie, w obfitości niedzielnego poranka.

Tego upalnego popołudnia było mi przykro, głupio i wstyd, że nie mogłem nic zrobić dla tego poturbowanego przez życie człowieka, poza gapieniem się. Jak długo nauka Krzyża pozostanie teorią, czy najmądrzejszą nawet refleksją, tak długo będzie nam głupio wobec cierpień bliźnich i nieszczęść świata. 

Maciej Baron SVD
0
0
0
s2smodern