main graphic

main graphic

Madagaskar

Z cyklu "Taki mamy zwyczaj"

Miesiąc listopad to czas szczególnej pamięci o naszych bliskich zmarłych. Odwiedzamy groby. Zapalamy znicze. Modlimy się za tych których już nie ma. Często nawet bezpośrednio z nimi rozmawiamy. Są dla nas ważni, bo byli częścią naszego życia. Dzięki nim… my jesteśmy.

Miałem siedem lat jak zmarła moja babcia Leontyna. Nie pamiętam za wiele z uroczystości pogrzebowej. Zapamiętałem jednak dzień, który poprzedzał pochówek. Babcia leżała w trumnie ustawionej w małym pokoju na piętrze rodzinnego domu mojej mamy. W pokoju było mało miejsca. Zaledwie tyle, aby kilka osób mogło stać dookoła trumny. W dłoniach miała umiejscowiony różaniec - jak do modlitwy. Pamiętam, że każdy z nas podchodził i kładł rękę na jej dłoniach. Były zimne. Nie pamiętam, czy rozumiałem, co to oznacza. Raczej tak, bo atmosfera ciszy, rozmów szeptem i płaczu, podpowiadała, że jest to pożegnanie.

Ten dotyk był dla mnie przerażający. Był jednak ważny. Po pierwsze, to był dotyk osoby, którą bardzo kochałem. Po drugie, pozwalał mi jakby stanąć na progu innego życia. Gest dotknięcia dawał mi gwarancję, że nasza więź nie została zerwana bezpowrotnie.

Na Madagaskarze spotkałem się z bardzo bogatą tradycją zwyczajów pogrzebowych. Koszt wielu z nich przekracza swoją wartością wyprawienie wesela, czy wybudowanie nowego domu. Jednym z takich zwyczajów jest tzw. „przewijanie zwłok”. Co siedem lat otwiera się grobowce i wymienia się materiał, w którym zawinięte są szczątki zmarłej osoby. Po wymianie, zawinięty całun bierze się na barki i w kilka osób obtańcowuje „ze zmarłym” sześć razy dookoła grobowca.

Byłem świadkiem, jak sąsiedzi inaugurowali duży grobowiec dla sześciu przodków, pochowanych dotąd w trzech odrębnych miejscach. Uroczyste przeniesienie świętowane było przez trzy dni i trzy noce. W tym czasie zabija się wiele wołów, je się do syta i zakrapia wszystko alkoholem. Jest dużo muzyki, a nawet wynajmuje się orkiestrę. Przez pięć lat mojego pobytu na Czerwonej Wyspie nie widziałem Malgaszów w bardziej radośniejszej sytuacji. Niesamowite. Jakby już smakowali tego, co jest przypisane ich przodkom.

W niektórych krajach Europy zdarza się coraz częściej, że urny z prochami nie są odbierane przez rodziny. Nie mówimy tu o sporadycznych przypadkach. W Szwecji urnę z krematorium można odebrać czasem dopiero po dwóch miesiącach. Tyle czasu potrzeba, aby załatwić wszelkie sprawy związane z wykreśleniem zmarłego z listy podatników w urzędzie skarbowym. Jak już wszystko jest załatwione okazuje się, że nie ma komu odebrać urny.

Pięć lat temu seria skandali miała miejsce w USA (Homewood Memorial Gardens w Cook County, niedaleko Chicago). Zwłoki ludzkie były magazynowane jedne na drugich. Ciała wielu ubogich dzieci chowane do jednego grobu. To szokujące zaniedbania powinny budzić nas do konkretnej refleksji i odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje?

Usłyszałem kiedyś zdanie, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje w podejściu do faktu śmierci. Na tych, którzy zaakceptowali to, że kiedyś przyjdzie koniec ich życia na tej ziemi oraz na tych, którzy się z tym faktem jeszcze nie pogodzili. Źle przeżyte pożegnanie ze zmarłym rodzi kolejne trudności w nas samych. Efektem tego stanu jest długotrwały bunt, smutek i pogubienie w relacji do najbliższych.

Nie ma uniwersalnych postaw, by przeżyć „dobrze” czas rozstania. Czy mogę pomóc temu kogo już nie ma? Czy mogę pomóc samemu sobie? Wobec utraty bliskiej osoby czujemy się tak bardzo bezradni. Szczególnie jest to bolesne na początku. Potrzebujemy gestów, które „przełamią” martwą ciszę, naszą niemoc i pomogą przejść trudny czas żałoby.

Nowe czasy domagają się respektu wobec dawnej tradycji. Nie pozwólmy, by gesty wyrażające szacunek wobec tych, których już pożegnaliśmy, zostały zapomniane lub odrzucone. Nie dopuśćmy do tego, aby nas dotknęła inna ręka… emocjonalnego chłodu i znieczulicy. I gdy stawiamy na grobie znicz zadbajmy, aby jego długo palący się płomień wyrażał… no właśnie, co?!

Krzysztof Kołodyński SVD

tmz kontakt ze zmarlym01

0
0
0
s2smodern