main graphic

main graphic

Slices of bread

Rok liczy 365 dni, plus minus 1 dzień co cztery lata. Każdy z tych dni jest inny. Owszem, można odnieść wrażenie, że czas przesypuje się między palcami, jak piasek w klepsydrze. Można mieć wrażenie, że dzień podobny jest do dnia jak dwie krople wody.

Jednak nawet w najbardziej jednostajnym środowisku zachodzą zmiany. Upływa czas. Zmienne są emocje, ludzkie reakcje, myśli i wynikające z nich działania. Czasem człowiek czuje potrzebę bycia blisko, czasem potrzebuje chwili samotności. Nie zawsze mamy ochotę słuchać ulubionej muzyki, czasem wolimy ciszę. Inna jest pogoda, czasem pada deszcz, czasem świeci słońce. Wiele osób, zjawisk i rzeczy wpływa na to, jak jest dziś.

Chciałbym, żebyśmy się zastanowili, ile jest zmiany w naszym życiu spowodowanej nie przez pogodę, aktualny nastrój, cenę benzyny, wiatr za oknem, wkurzającego sąsiada z bloku czy kuriera, który znów zamiast paczki zostawił awizo. Chciałbym, żebyśmy się zastanowili, ile jest zmiany w życiu związanej z wiarą, którą wyznajemy.

Rozpoczął się Wielki Post. Rozpoczyna go Środa Popielcowa, która wciąż w naszym Kościele jest fenomenem. Tłumy w kościołach tego dnia napawają optymizmem – „chyba nie jest z nami tak źle, skoro tylu ludzi w środku tygodnia” i tym podobne refleksje. Do tego dochodzą wielkopostne challenge, wyzwania, zdrapki, drabinki i inne akcje, która mają nam pomóc nie zapomnieć o tym, że Wielki Post nie kończy się Środą Popielcową, a tych 40 dni to nie pomyłka w kościelnym kalendarzu.

Mówi się często, że największą chorobą, trawiącą tak zwane ‘zachodnie chrześcijaństwo’ jest jego bezobjawowość. Jestem z natury sceptyczny względem wszystkich uogólnień, sloganów czy stereotypów, ale coś w tym stwierdzeniu jest. Przyglądając się naszemu podwórku można odnieść wrażenie, że objawy naszego chrześcijaństwa bywają głęboko ukryte. Nie mam na myśli wciąż w miarę pełnych kościołów, kolejek do konfesjonału w pierwszy piątek miesiąca czy tłumów na Pasterce czy choćby właśnie w Popielec. Bardziej interesuje mnie to, co pomiędzy tymi chwilami, w których napinamy nasze kościelne muskuły i jesteśmy, tłumnie, żarliwie. Chodzi mi o powszednie chrześcijaństwo, czyli bycie ‘Chrystusowym’ w każdym czasie. Chodzi o nasze słowa, gesty, spojrzenie, którym ogarniamy siebie, bliźniego, nasz świat i Boga.

Wielki Post bywa traktowany jako okazja do różnego rodzaju wyzwań czy też umartwień. Czegoś sobie odmawiamy na te 40 dni, rezygnujemy z czegoś albo chcemy, żeby czegoś było więcej. Jest w nas świadomość, że te dni w założeniu mają być inne niż wszystkie, inne niż pozostałych 325 lub 326 dni w ciągu roku. I to dobra intuicja.

Te dni są po to, by wydobyć na powierzchnię wpływ, jaki wiara ma na moje życie. Wpływ ten od wieków objawia się w trzech prostych wezwaniach, którym na imię post, modlitwa i jałmużna. Kiedy potraktujemy każde z nich jako wezwanie do tego, żeby nie jeść mięsa, pójść na drogę krzyżową i zasilić skarbonkę groszem na jakiś szczytny cel, to w sumieniu może będziemy mieli spokój. Toć zrobiliśmy, co zrobić mieliśmy i teraz spokojnie możemy zawiązać pod szyją ręczniczek i wgryźć się w wielkanocne śniadanie, pachnące świeżą wędliną, smakujące chrzanem i jajkiem w majonezie.

Jeśli potraktujemy trzy filary Wielkiego Postu nie jak receptę, po aptekarsku, ale jak obfity dar, szczere zaproszenie, by mój Bóg, moja wiara i Dobra Nowina głośniej, wyraźniej były obecne w moich, podobnych do siebie i monotonnych dniach, wtedy jest szansa na przełom. Bo post ma przypomnieć, że nie samym chlebem żyję. Modlitwa jest nie tylko pospiesznym załatwianiem spraw z długiej listy życzeń i oczekiwań, a jałmużna to nie pozbycie się tego, co mi zbywa. Każda z tych praktyk jest esencjonalna nie tylko dla Wielkiego Postu, ale dla życia, jako takiego.

Post uświadamia mi, że zakres moich sił, moje planowanie i działanie nie są niewyczerpane, nie zawsze są słuszne i nie zawsze prowadzą do dobrego. Modlitwa nieustannie objawia mi prawdę, że mam Ojca, który kocha i troszczy się o mnie, nawet jeśli jego miłości i troski nie potrafię zrozumieć i przyjąć. Jałmużna pokazuje mi z jednej strony, jak wiele posiadam, ale co ważniejsze, uczy mnie sięgania do miejsca, z którego pochodzi wszelkie dobro, jeszcze zanim sięgnę do portfela, a mianowicie - do serca, a często przypomina o tym, że mam serce.

Każdy z filarów postnej drogi ma moc uczynienia naszego chrześcijaństwa jak najbardziej objawowym, może go nawet zaognić, aż zapłoniemy, jak paschalna świeca w Wielką Sobotę, z radosnym Alleluja, płynącym najpierw z serca, dopiero potem wypełniającym płuca i wydobywającym się przez usta.

Maciej Baron SVD
blog comments powered by Disqus
0
0
0
s2smodern