W sumie...

Nie jestem fanem podsumowań na koniec roku. Fanem postanowień noworocznych też w sumie nie jestem. Ale prawdą jest, że nie da się od nich uciec. Pamiętam tłumy w kościele, kiedy w ostatni dzień roku proboszcz z ambony, w miejsce homilii, wygłaszał arkusz z Excela. Tyle nam urosło, tyle spadło, na cmentarzu wzrost o 45%, przy chrzcielnicy spadek o 27%, 123 321 komunii świętych, 5003 spowiedzi. Ale uległem, pod naporem aktywu parafialnego. Zrobiłem podsumowanie. Niestety, zmieściło się na takiej żółtej karteczce do przyklejania na drzwiach lodówki i późniejszego ignorowania.

Nie byliśmy gigantami i w poprzednim roku nie byliśmy nimi jeszcze bardziej. Przynajmniej w dyscyplinie słupków i cyferek. Co więcej, trudno było podać jakiekolwiek plany na rok już nam miłościwie biegnący. Nie udało się zrealizować właściwie żadnych zamiarów z roku minionego, więc rok bieżący jest właściwie jednym wielkim, tłustym i podwójnie zakręconym znakiem zapytania. I czuję, że wiele nam się zgubi w tych podwójnych zawijasach.

Aktywiści mają ostatnio pod górkę i to mocno. Tak, jak fani Kościoła wpisanego w tabelki Excela. Mam wrażenie, coraz bardziej dojmujące, że jesteśmy świadkami czegoś niezwykłego w Kościele. To jednocześnie trudne i radosne doświadczenie. Trudne, bo chociażby patrząc na nasilenie akcji – często medialnych – zaczepionych o fakt odejścia ze wspólnoty wierzących, widzimy często naszą bezradność, a co gorsza, brak języka do dyskusji. Trudne, bo grasujący wirus wytrąca nam jedyne i skuteczne narzędzia, jakie mamy dla głoszenia Słowa i życia Nim w żywej Wspólnocie. Trudne, bo często większy jest żal za tym, co minęło (może bezpowrotnie), niż radość z tego, co nigdy nie przeminie i nie może być wyrwane z serca Kościoła.

Ale, jest też radość. Radość Ewangelii, żeby zacytować klasyka. Nigdy nie miałem tylu pytań o polecenie dobrej książki, komentarza do Ewangelii czy samej Biblii, co w tym roku. Nigdy nie miałem tylu chętnych do tego, bo prowadzić rozważania różańcowe, nawet dla 4 osób. Przez 12 lat bycia księdzem nie miałem tylu próśb o kierownictwo duchowe, co w minionych 12 miesiącach. Nigdy nie miałem tylu spowiedzi ‘po latach’, co obecnie. Nigdy wcześniej nie widziałem, jak wiele mam jeszcze do zrobienia w kwestii własnej formacji, jak w minionym roku. W sensie – jak na dłoni zobaczyłem własne braki i to, czym je sztukowałem do tej pory. Pewnie wszyscy mamy podobne przemyślenia, może też i doświadczenie własnych braków, które nam obnażył przymusowy postój od aktywizmu.

Nowy rok bieży, ale nie jest jakimś specjalnie uzdolnionym biegaczem. Jest więc szansa, jeśli zaczniemy choćby truchtać, żeby go dogonić. Prochu ani koła nie wymyślimy, ale możemy wystąpić w dobrych zawodach. Więcej, możemy ukończyć ten bieg z dobrym wynikiem. A co najważniejsze, wiary możemy ustrzec. Przede wszystkim przed zredukowaniem do tabelki w Excelu i bilansu zamknięcia.

Maciej Baron SVD